Może kiedyś po latach |
Ostatnio dodane
Logowanie
| "Kłopoty z sublokatorem" |
|
|
|
| Prace archiwalne | |||
| Wpisany przez "Disneyland I" | |||
|
Pierwszy rok studiów. Wejście w zupełnie nowe, nieznane środowisko, poczucie niezależności powoduje, że dziewczęta często starają się za wszelką cenę zdobyć adoratora. Koleżanki pokazywały mi niejednokrotnie w stołówce kolegów-studentów, którzy chcieli ze mną „chodzić". Nie szłam jednak na łatwiznę — czekałam. Minął pierwszy rok studiów — pomyślnie zdane egzaminy, wakacje... Wróciłam do domu, który od czasów dzieciństwa napawał mnie smutkiem. Ojciec mój został zamordowany przez Niemców, matka ponownie wyszła za mąż. Z ojczymem żyła w separacji i nic nie wskazywało na to, że unormuje kiedyś swoje życie. Po przyjeździe do domu okazało się, że pokój ojczyma zajął sublokator. Czekała mnie małomiasteczkowa senność i samotne wyprawy nad rzekę. Mama oznajmiła mi, że siostra po zdaniu matury, a zatem za rok, wychodzi za mąż. Byłam tym zaskoczona. Być może mama chciała zacząć życie od nowa i pozbyć się kłopotów związanych z przyszłością dorastających córek, wydając je za mąż? Nie wiem. W każdym razie w naszym domu wiele się mówiło o sprawach matrymonialnych. Narzeczonym siostry okazał się sublokator, na imię miał Janek. Sytuacja, w jakiej poznałam Janka, była śmieszna. Musiałam naprawić pasek do sukienki, a ponieważ złamałam igłę, poszłam pożyczyć u niego. Janek zawsze myślał, że był to z mojej strony naiwny pretekst. Później chodziliśmy w trójkę na spacery. Z upływem czasu zauważyłam, że układ stosunków między naszą trójką zaczyna się niepostrzeżenie zmieniać. Było mi z tym trudno, siostrze również, a w najbardziej kłopotliwej sytuacji był Janek. Po miesięcznym pobycie w domu wiedziałam: Janek nie ożeni się z siostrą. Sądzę, że w ich „narzeczeństwie" zasadniczą rolę odegrała inicjatywa mojej matki.
Wyjechałyśmy z siostrą na Mazury. Każda z nas starała się zapomnieć. Było już jednak za późno. Gdy uświadomiłam sobie, że kocham Janka, przyjęłam to jako osobistą porażkę, obwiniałam się o słabość charakteru, atrofię woli. Kiedy mama zorientowała się w sytuacji, wymówiła Jankowi mieszkanie, a mnie kategorycznie zabroniła się z nim spotykać. Muszę jednak pewne sprawy wyjaśnić. Janek na stałe mieszkał w Warszawie. Był pracownikiem byłego Urzędu Bezpieczeństwa. Po październiku 1956 r. znalazł się w małym miasteczku, uczęszczał do technikum, aby móc podjąć nową pracę. Janek z zawodu był nauczycielem, nie chciał jednak rozpoczynać pracy w szkole. Według słów mojej mamy był człowiekiem „bez przyszłości", odpowiadającym najwyżej dziewczynie po maturze. Zdaniem mamy, wiążąc się z nim, popełniłabym „mezalians". Janek zdawał sobie sprawę z motywów, jakimi kierowała się moja matka wyrzucając go z zajmowanego pokoju. Spotykaliśmy się za miastem. Jedynym człowiekiem, który nas rozumiał, była moja siostra. Nadeszła zima. Trudno było spacerować przy kilkunastostopniowym mrozie. Janek mieszkał w hotelu robotniczym. Spotykaliśmy się, więc na ulicy (mamie mówiłam, że spotykam się z kolegą ze studiów) i szliśmy do jego pokoju w hotelu. Portierki obrzucały mnie wzrokiem pełnym politowania, ponieważ z przybyciem do naszego miasteczka „ubeków", jak ich nazywano, narodziło się wiele sezonowych miłości. Tymczasem mimo naszych spotkań, o zgrozo!, w hotelu i do tego niejednokrotnie wieczorami, nic się między nami nie zmieniło. Gasiliśmy nawet światło, zdawało mi się wtedy, że w obskurnym pokoju robi się „jaśniej i cieplej". Siadaliśmy na metalowym skrzypiącym łóżku — ja zwykle w samym rogu — opierając głowy o ścianę. Snuliśmy „opowieści bez końca"; do dziś pamiętam senne kapanie wody w kaloryferach... Wiem, że w pewnej mierze wpłynęłam na stosunek Janka do życia. Nie brał już udziału w miejscowym barze „w posiedzeniach" nad kieliszkiem wódki. Zaczął dużo czytać. Zrodziły się w nim nowe pragnienia rozpoczęcia studiów. Podczas ferii zimowych pojechałam na prośbę zakochanego we mnie „inżyniera z przyszłością" na ślub jego kolegi. Janek był wtedy w Warszawie. Naiwna dziewczyna! Wróciłam do domu i napisałam list do Warszawy, przedstawiając z humorem swoje „weselne przygody". Odpowiedzią był nieoczekiwany przyjazd Janka. Był inny niż zwykle. Doszło między nami do zbliżenia. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że wkraczamy tym samym w końcowy etap naszej miłości. Zaczął się „początek końca". Gdybyśmy mogli to przewidzieć, nigdy by zapewne do tego nie doszło. Zaczęły się między nami nieporozumienia, niedopowiedzenia, znikł nastrój pogody i serdeczności. Po tym podobno odchodzą mężczyźni, nie kobiety — u nas było inaczej. Spostrzegłam, że nasza miłość zamiast umacniać się zaczęła się przyciemniać i nie czyniła mnie już szczęśliwą. Janek odczuwał mój stan psychiczny — cierpieliśmy obydwoje. Nie cieszyły mnie już tak jak kiedyś jego listy. Obawiałam się, że po tych zmaganiach wewnętrznych, rozterkach i cierpieniach będę musiała odejść. I stało się. Tak niespodziewanie i nagle. Podczas wakacji spędzonych nad morzem poznałam Romana... Janek jakby przeczuwając, że rozminiemy się tym razem na zawsze, pisał wiele listów. Sądził, że mama odda mi je, gdy będę w domu. Gorzko się jednak zawiedliśmy. Listy przeczytałam dopiero wtedy, gdy wyszłam za mąż i urodził się Sławek. Mama była do końca konsekwentna. Zgryzotą jej jest jednak to, że i tak „nie wyszłam dobrze za mąż".
|



